Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Uncanny Avengers: Kontrewolucjoniści


Ależ to jest dziwna historia. Ależ to jest dziwny album. 

Choć Egmont wydał to jako szósty tom serii “Uncanny Avengers”, w oryginalnym wydaniu był to początek nowej serii. “AXIS” zakończyło pierwszą odsłonę “Uncanny Avengers”, a “Kontrewolucjoniści” mieli być otwarciem nowej ery. Czuć to od razu – mamy tu do czynienia ze zmienionym składem zespołu. Minęło też trochę czasu od “AXIS”, choć wydarzenia z tamtej historii wstrząsnęły bohaterami i niektórzy wciąż próbują uporać się z konsekwencjami. Mamy tu wreszcie zupełnie nowych przeciwników i zapowiedzi nadchodzących wydarzeń – zapowiedzi, które nigdy się nie ziściły, bo druga odsłona “Uncanny Avengers” kończy się na tym albumie, a Rick Remender odszedł z Marvela, pozostawiając mnóstwo otwartych wątków. 

Po odkryciu, że Magneto jednak nie jest ich ojcem, Quicksilver i Scarlet Witch postanowili raz na zawsze wyjaśnić tajemnicę swojego pochodzenia. Trop zaprowadził ich na rządzoną przez Wysokiego Ewolucjonistę (High Evolutionary) Przeciw-Ziemię. A zaniepokojona zniknięciem Wandy Rogue zebrała grupę bohaterów, by ją odnaleźć. Improwizowani Avengers również docierają na Przeciw-Ziemię, ale teleport rozrzuca ich po planecie osobno. 

I tu zaczynają się problemy. Dla bohaterów, bo ich sytuacja się oczywiście komplikuje, ale i dla mnie jako czytelnika. Bo tak naprawdę tylko Quicksilver i Scarlet Witch mają powód, by brać udział w tej historii. I gdyby cała grupa trzymała się razem, a inne postaci były tylko pomocnym tłem dla tej dwójki, to nie byłoby to problemem. Ale nominalnie każdy ma tu swój wątek – tylko są to wątki o niczym i prowadzą donikąd. Doktor Voodoo siedzi w ciemnej dziurze i przygotowuje deus ex machinę. Rogue jest zniewolona i słucha szaleńca. Kapitan America (Sam Wilson) praktycznie zostaje wypchnięty poza kadr na ¾ komiksu. Biorąc pod uwagę okoliczności jego zniknięcia i to, co dzieje się, gdy wraca na scenę, wygląda to tak, jakby z komiksu wycięto jakąś scenę. Vision… do niego zaraz wrócę. 

Wątek Sabretootha zasadniczo również prowadzi donikąd, ale biorąc pod uwagę, że to jego pierwszy heroiczny występ po “AXIS”, to samo to, że Remender pokazuje go w tej roli zasadniczo wystarcza. 

Vision natomiast jest kuszony przez androidkę, która najwyraźniej całe swoje życie czekała na jego przybycie (?). Kuszenie polega na ofercie porzucenia Avengers, by wieść z nią wspólne życie i doglądać całego pokolenia robocich dzieci, które razem mogliby stworzyć. 
To nie jest zły pomysł na historię. Ale jest to porąbany pomysł na pospieszny, wepchnięty na siłę I nieprzekonujący wątek poboczny nie mający nic wspólnego z główną historią. Nie mówiąc już o tym, jak dziwne jest to, że Ewolucjonista – jak sama nazwa wskazuje mający obsesję na punkcie tworzenia i doskonalenia biologicznego życia – poświęcił nie wiadomo ile czasu i wysiłku na stworzenie androidki. Ale pewnie każdy musi kiedyś zrelaksować się poprzez jakieś hobby. 

Główny wątek – starania Maximoffów by dotrzeć do Ewolucjonisty, sojusz z Niskim Ewolucjonistą i walka z Wysokim – nie jest zły. To dobry szkielet dla porządnej superbohaterskiej walki z szalonym złoczyńcą. Niestety, wątki poboczne nic nie wnoszą, zabierają tylko cenne miejsce, które można by poświęcić na lepsze rozwinięcie historii. Albo na lepsze poprowadzenie akcji. Niektóre sceny walki kompletnie gubią płynność – na jednym kadrze Quicksilver jest na celowniku złej Luminous, która ma zaraz strzelić w niego energią, po czym Luminous znika na następne pół zeszytu i kiedy widzimy ją znowu, mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Tego typu braki ciągłości występują jeszcze w paru miejscach (patrz wątek Sama). 

Jednak ostatecznie to, co w tym komiksie rozczarowuje najbardziej to kompletny brak konsekwencji. To miało być nowe otwarcie dla “Uncanny Avengers” - ale choć album pomagał pisać Gerry Duggan, który pisał kolejną serię o tym zespole, to wszystkie otwarte tu wątki nie doczekały się kontynuacji. Los androidki i jej podopiecznych, Ewolucyjna Wojna, straszliwa prawdziwa prawda o pochodzeniu Maximoffów, którą Vision zachował dla siebie w sekrecie czy choćby wspomniana wyżej Luminous – to wszystko wyparowało bez śladu. Mamy więc do czynienia z komiksem, który jest wprowadzeniem do historii, które nigdy nie zostały opowiedziane. I jako taki jest wyjątkowo mało satysfakcjonujący. 

Ale wygląda świetnie. Choć jak zwykle muszę to opatrzyć standardową klauzulą “o ile trawicie specyficzny styl Acuñy”, to mamy tu jedne z jego najlepszych rysunków w tej serii. Świetnie się sprawdza prezentując Przeciw-Ziemię i zamieszkujących ją zwierzoludzi. Poza tym jak zawsze niesamowicie używa kolorów i cieniowania, osiągając fantastyczne, dramatyczne efekty gdy tylko ktoś strzela energią albo coś wybucha. Efekty tym lepsze, im większa jest skala tych wybuchów. 

Na koniec mogę tylko powtórzyć, że fabuła tego albumu nie broni się jako zamknięta całość – bo nie miała nią być. A że nikt nie pociągnął dalej tych wątków, otrzymujemy coś niekompletnego. Ale dla rysunków warto tu zajrzeć. 

3/5 

Krzysiek “Krzycer” Ceran

Uncanny Avengers: Kontrewolucjoniści 
scenariusz: Rick Remender i Gerry Duggan 
rysunki: Daniel Acuña 
zawiera: Uncanny Avengers vol. 2 #1-5 
Tłumacz: Jacek Dewnowski
cena z okładki; 39,99
liczba stron: 108



Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.